
Uważność moich amerykańskich przyjaciół
Czuję wdzięczność za moje przyjaźnie w Ameryce tutaj w Cleveland oraz za uważność moich amerykańskich przyjaciół.
Wczoraj otrzymałam od naszych przyjaciół, Penelope i Justina – rodziców najlepszego kolegi naszego syna – bukiet kwiatów, co poruszyło mnie do łez.
Wzruszam się zawsze, gdy czuję, że ktoś „widzi mnie/mój ból” i znajduje czas, aby mi to pokazać – czy to poprzez rozmowę, niezależnie od pory dnia, czy przez kwiaty, wiadomość, drobne lub większe gesty.
Gdy poinformowałam moich przyjaciół w USA, że umarł mój tata i jedziemy na pogrzeb, natychmiast otrzymałam od dwóch amerykańskich rodzin propozycję, aby Alex mógł kontynuować naukę u nich w domu przez cały okres mojej nieobecności, gdy będę w Polsce. To również mnie wzruszyło – jesteśmy tu zaledwie 1,5 roku, a już otrzymuję tyle oznak serdeczności i wsparcia, jakich w Niemczech rzadko doświadczyłam.
W tym czasie, gdy mieliśmy jechać na pogrzeb, nasz syn został zaproszony przez swojego najlepszego przyjaciela na przyjęcie urodzinowe. Ze względu na nasz wyjazd do Polski, rodzice przyjaciela przesunęli termin urodzin na tydzień później, aby Alex mógł w nim uczestniczyć. To również mnie wzruszyło.
To, co w Polsce jest oczywiste – możliwość spontanicznego przełożenia spotkania lub urodzin ze względu na nieprzewidziane okoliczności – dla Niemców bywa bardziej skomplikowane. Nie znam kultury amerykańskiej na tyle dobrze, aby ocenić, ile emocjonalnego i organizacyjnego wysiłku wymaga tu spontaniczność i nagła zmiana planów, ale było to dla mnie niezwykle kojące, że tutaj, w tym obcym nam kraju, otacza nas grono serdecznych ludzi, którzy nas wspierają.
Czy ja nie lubię Ameryki?
Kiedy odebrałam mojego syna z urodzin przyjaciela i otrzymałam te kwiaty, łzy spływały mi po policzku, a ja powiedziałam do niego, jak bardzo jestem poruszona serdecznością amerykańskich ludzi.
Mój syn odpowiedział: „Ale przecież ty nie lubisz Ameryki i nie możesz się już doczekać, kiedy stąd wyjedziesz…” Te słowa zatrzymały mnie na chwilę i skłoniły do refleksji nad ich sensem. Natychmiast poczułam, o co mi w tym wszystkim chodzi.
Nie lubię tego „niefunkcjonującego systemu” – niewykwalifikowanych urzędników, celników i pracowników, którzy za każdym razem, gdy przychodzisz, mają inną odpowiedź. Jednak to nie wina tych ludzi, lecz systemu – na przykład systemu edukacji, który nie przygotowuje ludzi odpowiednio do wykonywania zawodu. Jako przykład podam, że byliśmy sześciokrotnie w urzędzie, aby złożyć wniosek o nadanie Social Security Number dla naszego syna (poinformowano nas, że numer ten jest niezbędny do rozpoczęcia kursu na prawo jazdy – co okazało się niezgodne z prawdą). Za szóstą wizytą urzędnik w końcu rozpoznał, że wiza naszego syna nie uprawnia go do uzyskania takiego numeru. Podczas tych sześciu wizyt często pojawiał się ten sam „niewykwalifikowany pracownik”. Towarzyszył mi także mój mąż przy dwóch wizytach, kiedy moja znajomość języka angielskiego była niewystarczająca, a później towarzyszyła mi amerykańska koleżanka Dana. Pracownicy byli zawsze naprawdę mili, przyjmowali od nas dokumenty, ale nie wiedzieli, że z tą wizą nasz syn nie ma prawa do otrzymania Numeru Ubezpieczenia Społecznego (Social Security Number – SSN). Na kursie języka angielskiego, sponsorowanym przez rząd amerykański, otrzymaliśmy książkę „The Immigrant’s Way”, w której na jednej ze stron wymieniono 70 rodzajów wiz do USA! Jeśli urzędnicy nie mają wystarczającego przygotowania, aby określić, jakie uprawnienia przysługuje posiadaczowi danej wizy, to właśnie urzędnik „pierwszego kontaktu” odbierał od nas dokumenty, informując, że wszystko jest w porządku, a po tygodniu otrzymywaliśmy informację, że wniosek o SSN został odrzucony. Tak powtarzało się to pięć razy – każdy kolejny urzędnik „pierwszego kontaktu” przyjmował dokumenty, zapewniał, że wszystko jest w porządku, a po tygodniu otrzymywaliśmy pismo o odrzuceniu wniosku.
To nie ludzie tylko system…i to właśnie ten system mi przeszkadza
Ten system budzi we mnie stare rany z czasów komunizmu, w których żyłam w Polsce. System, w którym panuje daleko idąca swoboda interpretacji ustaw i reguł, gdzie urzędnik, niedouczony, w zależności od humoru czy nastawienia, może mniej lub bardziej się wysilić – przyjąć wniosek bez zadawania pytań lub dopytać, dlaczego pięć razy z rzędu otrzymujemy odmowę nadania Numeru Ubezpieczenia Społecznego. Podobne sytuacje zdarzają się każdorazowo przy wjeździe do USA, gdzie każdy celnik ma inną wiedzę na temat tego, co nam wolno, a co nie.
Żyłam 13 lat, jeszcze jako dziecko, w systemie komunistycznym i pamiętam dokładnie rozmowy oraz dynamikę relacji moich rodziców z tym systemem. Mój tata, który ze względu na swoje wartości nigdy nie wstąpił do partii komunistycznej – mimo wielkiego nacisku w zakładzie pracy – żył w wielkim strachu, że kiedyś „po niego przyjdą i zamkną”, dlatego wolał się nie wychylać, siedzieć cichutko, niezauważony. Moja mama, buntowniczka, nie bała się komunistów – głośno krytykowała ich i wyrażała swoje zdanie. Pamiętam, jak na pierwszych wolnych wyborach w 1990 roku, na liście kandydatów, przy nazwiskach „komunistów”, którzy nagle zmienili front i ugrupowanie polityczne po upadku komunizmu, napisała notatkę: „Do roboty radni – bezradni”. Do dziś zastanawiam się, czy jej głos był ważny z takim dopiskiem 😀
Nie zgadzam się z opinią, że Amerykanie są powierzchowni w kontaktach i lubią tylko „smalk talk”
Ludzie tutaj są naprawdę serdeczni, i nie zgadzam się z opinią, że są tylko „powierzchowni” oraz że ich mocną stroną jest wyłącznie „small talk”. Przez siedem lat mieszkania w małym miasteczku Bad Waldsee oraz cztery lata w dużym mieście Wuppertal nie udało mi się nawiązać tak głębokich relacji międzyludzkich, jak te, które zbudowałam w USA w ciągu zaledwie 1,5 roku.
Jedna z moich amerykańskich koleżanek, Colleen, powiedziała mi kiedyś: „Wiesz, ty jesteś serdeczna, otwarta, uczynna – to samo otrzymujesz tutaj od ludzi w USA. To jest oczywiste.”
A jednak nie zawsze tak było – w Niemczech, mimo moich starań, aby nawiązać nowe kontakty – zapraszałam sąsiadów, rodziców przyjaciół mojego syna na spotkania w naszym domu, kawę, urodziny czy inne okazje, rzadko otrzymywałam zaproszenie do ich domów (konkretnie, dostaliśmy tylko jedno zaproszenie od sąsiadów na dwa dni przed wyjazdem z tego miasta/kraju). Niemcy lubią rozmawiać „przy płocie sąsiedzkim”, po wywiadówkach w szkole, ale na głębsze relacje nie są gotowi.
W moim sąsiedztwie już otrzymałam wiele zaproszeń. Właśnie wczoraj dostałam sms od sąsiadki z prawej strony, zapraszającej mnie dziś, w niedzielę, od godziny 18:15, na wspólne oglądanie „Super Bowl”. Super Bowl to coroczne mistrzostwa ligi NFL, które wyłaniają najlepszą drużynę futbolu amerykańskiego w Stanach Zjednoczonych. Mimo że drużyna Cleveland Browns nigdy nie zakwalifikowała się do finału, w Cleveland ciągle im kibicujemy i spotykamy się, aby wspólnie kibicować.
Czego nie lubię w Niemcach
Słyszałam kiedyś od Niemców takie zdanie: „No wiesz, ja nie dbam i nie potrzebuję już nowych znajomości/przyjaciół – bo kiedy mam się z nimi spotkać, skoro tydzień ma tylko 7 dni, to jak spotkam się z każdym raz w tygodniu, zabraknie dni!”
Dla mnie otwartość na nowe przyjaźnie/znajomości to esencja życia, która wzbogaca moje życie i pozwala budować wartościowe relacje międzyludzkie. To również możliwość wsparcia drugiej osoby oraz wzajemnego przyjmowania przyjaźni – nawet jeśli sama mam już dziesiątki przyjaciół.
Mam przyjaciół i znajomych, których widuję raz w roku, innych pięć razy w roku – jednych głównie online, innych wyłącznie offline. Otrzymuję również wiadomości, takie jak: „Honcia, będziesz na święta w Polsce?” Na co odpowiadam: „Będę – spotkajmy się w określonym dniu o konkretnej godzinie.” I wtedy się spotykamy oraz rozmawiamy godzinami. Mam koleżanki, które od czasu do czasu komentują moje posty w mediach społecznościowych, co sprawia, że czuję, iż jesteśmy w kontakcie i, gdy jesteśmy w tym samym rejonie, z łatwością się spotykamy.
Mam przyjaciółki, które nie wymagają, abym wysyłała im szczegółowy plan mojego pobytu w Polsce miesiąc wcześniej, ponieważ zawsze znajdą dla mnie czas – nawet jeśli oznacza to opuszczenie siłowni czy przełożenie innych planów, co może skutkować zmęczeniem następnego dnia.
Przypomina mi się sytuacja, gdy wierzyłam w swojej naiwności, że w Niemczech można spontanicznie spotkać się z kolegami z pracy na luźne pogaduchy po godzinach. Gdy zaproponowałam spotkanie w środę po pracy, mało kto był skłonny zmienić swoje plany. Mogłabym zrozumieć, gdyby chodziło o długo oczekiwany termin u specjalisty, ale niektórzy jako argument podawali, że w środę zawsze biegają, robią zakupy na cały tydzień w supermarkecie, sprzątają dom lub odwiedzają teściów z dziećmi. Chodziło mi tylko o tę jedną środę – o przełożenie jednego spotkania, jednej zmiany w rutynie.
Niemcy uwielbiają rutynę, porządek i strukturę. Ja również je cenię, jednak bardziej liczy się dla mnie BALANS. Jedno przełożenie spotkania nie zrujnuje całego dnia, tygodnia, miesiąca czy roku. To właśnie te momenty, kiedy wychodzę poza swoją rutynę i robię coś spontanicznego, sprawiają, że czuję, iż naprawdę żyję, a wspomnienia stają się pełne czułości i radości.
Nie mam tego za złe moim niemieckim przyjaciołom i rodzinie – wiem, że wychowali się z silnym poczuciem obowiązku i odpowiedzialności. Ma to swoje zalety, jednak dla mnie to niewystarczające, aby żyć pełnią życia, tak jak ja chcę.
Wiem, że gdy wrócę do mojego miasteczka w Bad Waldsee, to w każdy piątek około godziny 12:30 zobaczę przed piekarnią dwa samochody cabrio oraz dwóch starszych panów z mojej dawnej firmy, którzy będą mi kiwać, jeśli mnie jeszcze poznają. Znam również, w którym supermarkecie można spotkać określonych ludzi, a także kto w jaki dzień i jaką trasą wybiera się na bieganie. Ma to swoje zalety.
Mimo to wybieram inną drogę. Nadmiar rutyny i brak spontaniczności sprawiają, że popadam w tryb automatycznego funkcjonowania, co negatywnie wpływa na mój stan psychiczny.
Mieszkałam w wielu krajach, poznałam różne kultury i często krytycznie podchodzę do pojęcia „normalności”. Wiem, że to, co uważamy za normalne, nie zawsze jest uniwersalne – często jest to jedynie specyfika danej kultury.
Dlaczego warto jest wybierać świadomie
W obliczu niedawnej śmierci mojego taty, jeszcze bardziej świadomie decyduję, jak chcę żyć – czy wypełnianie obowiązków to rzeczywiście to, co chcę wspominać na łożu śmierci?
Każdy z nas ma w sobie różne „głosy, pragnienia i potrzeby” oraz własne wyobrażenie o „normalności”. Zawsze zachęcam: słuchaj głosu serca i regularnie kwestionuj swoją własną „normalność”.
Pamiętam, jak Augustin – argentyński student, którego gościliśmy w naszym domu w Niemczech przez ponad rok – zastanawiał się, czy zostać w Niemczech, czy wrócić do Argentyny, i czekał na impuls z mojej strony. Powiedziałam mu, że przepaść emocjonalna między Niemcami a Argentyńczykami jest tak wielka, że nie wiem, czy będzie w stanie ją udźwignąć.
Ciepło i wdzięczność, które regularnie otrzymywałam od jego argentyńskiej mamy – przez WhatsApp, w języku hiszpańskim, który musiałam tłumaczyć przy pomocy słownika – przerosły moje najśmielsze wyobrażenia o tym, jak serdeczni mogą być ludzie. Augustin wrócił do Argentyny, posłuchał głosu serca i zmienił kierunek studiów – zamiast agroturystyki, którą wybrał na początku z „rozsądku” zmienił po powrocie z Niemiec do Argentyny kierunek studiów na muzyczny kierując się tym razem głosem serca. Oglądając jego występy muzyczne w mediach społecznościowych, czuję, że on żyje tam, gdzie jego serdeczność i emocjonalność są rozumiane oraz wspierane.
Jeśli zdajemy sobie sprawę, że nasze wyobrażenie o „normalności” nie zawsze jest uniwersalne, możemy świadomie dokonywać wyborów, niezależnie od miejsca zamieszkania.
Podjęliśmy decyzję, że latem 2025 roku opuszczamy Amerykę i wracamy do Niemiec – najprawdopodobniej do regionu, w którym jeszcze nie mieszkaliśmy, i gdzie będę musiała na nowo poszukiwać nowych kontaktów i przyjaciół.
Wybieram „dobrze funkcjonujący system” oraz poczucie bezpieczeństwa. Chcę pokazać synowi, że są kraje, gdzie możesz mieć dostęp do bezpłatnej nauki zawodu, opieki zdrowotnej – nawet jeśli nie jesteś zamożny – gdzie jesteś ceniony tak samo, nawet jeśli nie ukończysz college’u, i przede wszystkim, gdzie można godnie żyć pod względem finansowym oraz społecznym, niezależnie od posiadanego tytułu magistra czy też jego braku
Wiem, że będzie mi trudno zbudować w ciągu 1,5 roku takie przyjaźnie w Ameryce, jakie tu nawiązałam, ale wiem również, że z każdego miasta w Niemczech „zabrałam choć jedną czy dwie przyjaźnie”, dlatego jestem przekonana, że również w nowym miejscu nawiążę nowe, wartościowe kontakty.
Zakładam, że nikt nie zaprosi mnie na kawę do swojego domu już po dwóch miesiącach znajomości (tutaj w USA, w pierwszym roku naszego pobytu, otrzymaliśmy zaproszenie od naszych przyjaciół, Maha i Fahim od razu na Wigilię – spotkanie, które w moich oczach miało bardzo rodzinny charakter, mimo że dopiero poznaliśmy tę rodzinę), ale akceptuję, że w Niemczech może być trudniej. Mimo to będziemy mieli krótsze drogi do naszych przyjaciół czy rodziny mieszkających w Niemczech – wtedy wystarczy, że wsiądziemy do samochodu i po prostu pojedziemy.
Dziękuję wszystkim moim amerykańskim i amerykańsko-polskim przyjaciołom, którzy otworzyli przed nami swoje serca i drzwi do swoich domów.